Przejdź do treści strony

Wernisaż Toskania 2019

15 Jan 2020 r.

Ten, kto był kiedyś w Ognisku Plastycznym, tym budynku koło lodowiska, ten wie, że chociaż jest tam furtka, wszyscy i tak wchodzą przez wiecznie otwartą bramę. Przemierzają wykładany szarą kostką podjazd, mijając po drodze rozciągniętą na całą jego długość ławkę. Po drugiej stronie mają trawnik. Właściwie pusty, jeśli nie liczyć rzeźb wyrastających z niego jak grzyby po deszczu.

Piętnastego stycznia wieje wiatr. Na dworze kolory zaczynają się gubić – jeden za drugim stają się szare, ponure, a przecież jest zaledwie parę minut przed siedemnastą!

Aby wejść do budynku, trzeba najpierw wspiąć się po schodach do bocznego wejścia. To główne niemal zawsze jest zamknięte. W magentowych drzwiach stoi niska dziewczyna. Ma krótkie włosy i szczerzy zęby w szerokim uśmiechu do nowoprzybyłych. Gorliwie zaprasza ich do środka, gdzie z miejsca uderza w nich rozgrzane powietrze. Goście ściągają kurtki i jeszcze przez chwilę będą musieli nieść je w rękach, przemierzając szeroki korytarz. Ognisko wciąż przystrojone jest jak na święta: krótsza ze ścian wyłożona jest czarnym brystolem, przed nią dumnie stoi choinka z wielkimi, kartonowymi bombkami pomalowanymi w czarno- różowo-białe pasy. Dekoracja jest gustowna. Nowoczesna, ale nie bez nutki tradycji, niedziecięca, idealnie wpasowuje się w klimat szkoły. Została dobrze zaprojektowana.

Tuż przed świąteczną dekoracją, na wysokości toalet i składziku, trzeba skręcić w lewo. Potem schodami w dół, minąć zakręt, pokonać ostatnie stopnie i właściwie jest się na miejscu. Hol to niewielki, kwadratowy pokój. Po prawej stronie od schodów jest szkolna galeria – to tam odbędzie się wernisaż i to tam rozwieszono prace. Goście zawieszają zbędne okrycia na haczykach stojącego samotnie wieszaka lub odkładają do szatni, jak kto woli. Gdy przechodzą przez wielkie drzwi, prowadzące na wystawę, mijają suto zastawione stoły. Jedzenie nie jest kupione. Wszystko przygotowywali uczniowie. Na półmiskach piętrzą się małe pizzerinki, dosłownie na dwa gryzy, winogrona, ciastka i wszelkiego rodzaju ciasta. Nie brakuje też ekspresu z kawą i herbatą. A także mleczka.

W galerii środkową część zajmują proste krzesła, teraz puste. Obrazy oraz szkice rozwieszono na ścianach na specjalnych mocowaniach. Gości przybywa, szybko robi się gorąco. Ktoś prosi o ciszę, nikt nie reaguje. W końcu Chantal nie wytrzymuje. Każe włączyć muzykę, staje na podwyższeniu i zaczyna śpiewać. Dopiero to przykuwa uwagę zgromadzonych. W akompaniamencie piosenki i szurania krzeseł miejsc siedzących szybko ubywa. W końcu wszystko zostaje pozajmowane. Ci, którzy nie mieli szczęścia i nie zdążyli usiąść, tłoczą się pod ścianami. Niedługo potem ostatni maruderzy milkną, a piosenka również dobiega końca. Rozlegają się krótkie brawa, po których prowadzący witają wszystkich zebranych zawczasu przygotowaną mową. Wyjaśniają, że na przełomie września i października ubiegłego roku dwie przedostatnie klasy, to znaczy III PLP i V OSSP, odwiedziły Toskanię, region położony w środkowych Włoszech, w celach rozwijania swoich malarskich umiejętności, a wernisaż jest zwieńczeniem ich pracy. Bez niepotrzebnego przedłużania przechodzą do następnego punktu programu.

Gaśnie światło, rozlega się muzyka. Utwór Marvina Gaye staje się muzycznym tłem dla filmików, które zostały nakręcone podczas wyjazdu. Przed oczyma zebranych przesuwają się wspaniałe włoskie plenery, słynne zabytki, wszystko oświetlone toskańskim słońcem… Samych uczestników jest jednak niewielu w kolejnych ujęciach – po co pokazywać twarze, które widzi się na co dzień? Lepiej pokazać to, czego się w Polsce nie zobaczy! W słońcu Toskanii wszystko stawało się jakieś takie… bardziej żółte. Ładniejsze.

Po skończonym filmiku przemawiają nauczyciele. Oczywiście ci, którzy byli na wycieczce. Raz jeszcze przywołują w swoich wspomnieniach rozgrzany plac w Sienie, dzień targowy w Pistoi czy gondole pływające po spokojnych wodach Wenecji. Potem głos zabiera Pani Dyrektor.

Po przemówieniu Pani Dyrektor przychodzi czas na zwiedzanie wystawy. Gdzieś z boku rozlega się płacz dziecka. Uroczy szkrab dopiero uczy się chodzić z pomocą rodziców. Teraz jednak matka trzyma go na rękach niewzruszona jego krzykiem, aż w końcu mały milknie.

Jeszcze tylko wręczenie sztalugi Paulince (radosna osiemnastolatka z burzą kędzierzawych włosów najlepiej spisała się na plenerze). I rozdanie kwiatów: gdy goście powoli podnoszą się z krzeseł, na których spędzili ostatnie czterdzieści minut, wychodzi para uczniów trzymająca kwiaty. Za nimi kolejna, a na samym końcu samotnie sunie jeszcze jeden uczeń. Już bez roślinki, a z bombonierką. Kwiaty są kolejno dla dwóch nauczycielek historii sztuki, dwóch nauczycielek/profesorek malarstwa i nauczycielki od aranżacji, zaś bombonierka dla świeżo upieczonego Pana Psychologa, absolwenta naszej szkoły. Już raz był uczestnikiem toskańskiego pleneru, jednak teraz po raz pierwszy wystąpił w roli nauczyciela.

Raz jeszcze w imieniu obu klas uczniowie dziękują nauczycielom za wyjazd. Ich powrotowi na miejsca towarzyszą huczne oklaski – co za wspaniały koniec tej części wieczoru!

Potem towarzystwo się rozchodzi, kluczy pośród kolumn, przystaje przed co ciekawszymi pracami, dyskutuje między sobą, wymienia poglądy, spostrzeżenia, uwagi… Oczywiście nikt nie zapomina o bufecie. Najszybciej znika ciasto cytrynowe. Niestety, bo dobre, a było go najmniej, ale pizzerinkami też nikt nie pogardzi. Wkrótce i one się kończą, ekspres wypluwa resztki kawy, w oddali słychać bicie katedralnych dzwonów. Biją na osiemnastą. Pełną. Tłum zaczyna rzednąć, również młodzi organizatorzy powoli się wykruszają. Zostaje ich tylko garstka. Powoli zapada wieczór. Opole jest ciche, uśpione, chociaż wcale nie jest tak późno.

A może tylko tak im się wydaje? Tu, „za zielonym mostkiem”, w ryzach Odry i Kanału czas wydaje się płynąć zupełnie innym rytmem. To swoiste Terabithi, inny świat, odległy od pełnego pośpiechu życia tam, po drugiej stronie. Mała kolebka artystyczna, miejsce, w którym uczniowie odkrywają, jak odkrywać siebie.

Oprac.: M.Rumin, kl.III PLP

« Powrót do listy