Przejdź do treści strony

Obrazy dzieciństwa

01 Apr 2014 r.

Kiedy przyszłam, właśnie wiązali haczyki do obrazów. – Mają być na trzy place – tłumaczył Zbigniew Natkaniec, pan od przedmiotów artystycznych. – Równe kółka, nie przyjmę żadnych krzywulców. Na stole piętrzyły się druty, nożyczki i nożyki, jakieś ołówki, flamastry, książki i zeszyty. Do tego młotki, obcęgi, blaszki i wężyki, gumy arabskie i gumy-gluty. Oskar Dąbrowski –zdobywca Grand Prix na tegorocznym egzaminie promocyjnym – oparł się o balustradę i powoli zwijał pręciki. To wyjrzał na ulicę przez szklaną ścianę, to się rozglądał po galerii, mierzył wzrokiem ściany, liczył linki, to znów niebezpiecznie się przechylał, aby zobaczyć, co się dzieje w klubokawiarni. – W przyszłym roku tematem dyplomu powinno być „Miejsce” – odezwał się nagle. – Wolałbym „Czas” – wtrącił się Rafał Wesołowski, jeszcze niedawno uczeń plastyczniaka, zdobywca wielu nagród, dziś student pierwszego roku ASP w Łodzi. – W „Czasie” za dużo się zmieści – zaoponowała Joanna Preuhs, nauczycielka malarstwa i rysunku. – Kończymy z kółkami – zarządził Natkaniec – teraz będziemy nabijać druty na blejtramy.

– Zaczynamy od krasuli – dyrygował. – Ta krowa... – zaczął Oskar tak cicho, że zamilkliśmy, monterzy z filharmonii odstawili drabiny i też nasłuchiwali – … jest taka konsekwentna – dokończył. – Bo ciągle żuje trawę? – zdziwiłam się. – Pod względem artystycznym! – rzucił srogo.

– Nie to, co koń – powiedział Rafał i spojrzał z wyrzutem na konia stojącego w zimowym lesie. Tymczasem Joanna Preuhs wyjawiła tajemnicę Dagmary Pietrzak, autorki krowy: – Jest wegetarianką, obrończynią zwierząt, świetnie naszkicowała też ich porzucone kości: żebra, łopatki, mostki, oraz młodą kobietę, która tuli do piersi czaszkę zamiast dziecka.

Czym są dzieła sztuki, jeśli nie zachętą do współtworzenia, pretekstem do podróży w czasie, rozwinięcia alegorii, dopowiadania scen? Spróbujmy przyjrzeć się Obrazom dzieciństwa uczniów liceum plastycznego. Niech wyobraźnia podąży wzdłuż kształtów, prześwitów i półcieni, poszuka zwidów i sekretów, niech odkrywa, zdobywa, traci wątek i znów powraca na ślad.

Oto kolorowe zabawki z teatrzyku kukiełkowego. Nadia Kowalenko urodziła się na Krymie i dobrze pamięta tamten świat. Malując, wróciła do dobranocek: o latającym statku i o carze kruków, o Tyci-tyciutkim i chciwym Kadim, i o tym, jak Fet-Frumus wyzwolił słońce. Kiedyś baśni tych słuchali pewnie Marc Chagall, Wassily Kandinsky i Siergiej Paradżanow, a po latach opowiedzieli je obrazami i filmami.

O czym może myśleć nestorka, która usiadła na tapczanie obitym czerwonym welurem, na tle ściany z tapetą w róże? To babcia Pauliny Piórkowskiej. Ubrana w ludowy strój kurpiowski patrzy w dal, chyba ogląda koguta i kurę z innego płótna. Ptaki wyszły na łąkę, szukają ziaren, grzebią pazurami w ziemi, skubią trawę – wiosenną, jasnozieloną, ich pióra ładnie połyskują w słońcu. Kuraki są jak żywe i jednocześnie zmienione w studium kolorystyczne.

Justyna Burkiewicz (Jak ona wygląda? – zastanawiałam się. – To bardzo ładna dziewczyna – powiedział Natkaniec, jakby czytał w myślach. – Raz ruda, innym razem niebieskowłosa) namalowała trzy osoby stłoczone między ramami. Mężczyźni popisują się nagimi torsami, energią i krzepą, kobieta zuchwale chwyciła się pod łokcie. Wszyscy silni, przebojowi, przygotowani do walki o codzienność. Czy dostrzegają dzieci? – pyta artystka i zaraz udziela malarskiej odpowiedzi. – Z góry chyba mniej widać. Magdalena Stępień również pokazała dorosłych, którzy ukrywają się w gestach, minach, jakby pod teatralnymi maskami. Dajcie mu maskę, a powie wam prawdę – przekonywał kiedyś Oscar Wilde. Czy mówią prawdę? – zastanawia się autorka. – Czy kamuflaż chroni ich przed przeinaczeniami?

Na wystawie są również dzieci. Na obrazie Kingi Sądel siedzą na skarpie przy torach, machają nogami, patrzą na lokomotywę, taką od pana Tuwima. Malarka, podążając śladami Bolesława Polnara, użyła czystych barw o różnym nasyceniu, światłocienie zaznaczyła plamami. Obraz przypomina plakat albo komiks. U Daniela Płatka natomiast pomarańczowe światła wpadły na szosę, wyczuwa się tu pęd, szybkość, zmianę, pochodzącą jakby ze świata gier komputerowych.

Zwycięska „Ślizgawka” to scena rodzinna. Na środku płótna ojciec z synem płyną albo raczej fruną po wodzie. Malec zaciska powieki, zatyka palcami nos i pokrzykuje, ojciec przyciska go do siebie i dodaje odwagi. Tak bawią się mężczyźni. Mama pojawia się na obrzeżach, jest za to zwielokrotniona, czesze chłopca, wyciera go, tuli, nosi na rękach. Czasem skarci, upomni, spojrzy z ukosa. Nie ma tylko brata. Pewnie wędrował wtenczas z kolegami, jest przecież dużo starszy od Oskara.

Poszukiwanie malarskich tropów może się przerodzić w nałóg, ale jakże przyjemny. Kto chce pójść szlakiem maturzystów z liceum dla artystów, niech zajrzy do galerii w Filharmonii Opolskiej. Bolesław Polar także zostawił tam znaki. W końcu wystawia się tam również jego klasa.

Oprac.: A.Kania

« Powrót do listy